Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

Być może znajdą się tutaj fani jednego z moich ulubionych seriali o wdzięcznej nazwie Vikings/Wikingowie. Jeśli tak, z pewnością zainteresują ich fakty na temat prawdziwej społeczności Wikingów. No, chyba że oglądacie tylko dla dobrych bitew, których w serialu nie brakuje, ale mam nadzieję, że nie. A może lubicie historię lub interesujecie się Skandynawią? Mam coś dla Was. Zaczynajmy!...
... od początku.
Skąd się w ogóle wzięło słowo Wikingowie? "Vikings" kojarzono z językiem staronordyjskim, w którym to słowo "vik" oznaczało zatokę, a później ze starofrancuskim "witsing". Byli znani jako ludzie popiołu, ale już na przykład wśród Niemców jako ludzie wody, czyli Lochlannach. My, Słowianie, nazywaliśmy ich "Waregami", czyli zaprzysiężonymi ludźmi.
Wikingów możemy podzielić na Norwegów, wśród których znajdziemy większość odkrywców, Szwedów, którzy przede wszystkim zajmowali się handlem, oraz Duńczyków, odpowiedzialnych za wyprawy łupieżcze.
Serial Wikingowie jest zgodny z historią w wielu sprawach, między innymi w kwestii mitologii oraz wypraw, od których zaczniemy. Faktycznie, początkowo ludzie północy nie ruszali poza swoje, Północne Morze, a najdalej docierali do wysp szkockich. Dopiero w roku 793 dotarli do wybrzeży Anglii, w 874 do Islandii, a do Ameryki około roku 1000. Prawdą jest zatem, że to oni odkryli tamtejsze lądy. Dlaczego nie przedstawia się ich jako oficjalnych odkrywców? Główny powód jest taki, że ze względu na kłótnie z tubylcami i wewnętrzne konflikty porzucili osady w Nowym Świecie. Oczywiście nie zrobili tego tak od razu, bo cóż znaczyliby Wikingowie, gdyby szybko się poddawali. Próbowali Amerykę skolonizować. Ich ekscytacja związana z daleką wyprawą i Nowym Światem ciekawie zbiegła się w czasie z lękiem Europy przed rzekomym końcem świata w roku tysięcznym. Organizatorem pierwszej wyprawy został znany Eryk Rudy, jednak Grenlandia i Ameryka nie okazały się tak piękne, jak obiecywano. Przetrwali w tamtych krainach dzięki oferującą zasoby morskich stworzeń wielkiej wodzie. Niewiele wypraw kończyło się klęską - największą był sztorm, który spotkał Thorsteina Erikssona. Jednak Wikingowie, ze względu na usposobienie nie potrafili porozumieć się z odmiennymi od nich tubylcami zamieszkującymi krainy Ameryki. Winą za porzucenie nowego świata obarcza się kulturowe nieporozumienia. Próby kolonizacji Ameryki przez Wikingów potwierdzają archeologiczne odkrycia na tych terenach.
Przyczyny ekspansji Wikingów nie były zbyt oryginalne. W Skandynawii panował surowy klimat, brak im było ziemi uprawnej. Niewątpliwie jednak duże znaczenie miała ich natura - ciekawość, żądza odkryć i grabieży.
Którzy Normanowie wsławili się najbardziej?
Na początku nam, Polakom, nie wolno nie wspomnieć o Kanucie Wielkim, synu... Świętosławy. Serio. W niektórych źródłach znajdziemy nawet informacje o tym, jakoby sam Mieszko I miał być spokrewniony z Wikingami. O ile to można poddać w wątpliwość, o tyle pewnym jest, że Świętosława poślubiła Swena Widłobrodego. Ich syn podbił Wyspy Brytyjskie, więc mamy się czym chwalić, o czym więcej dowiecie się z powieści pani Cherezińskiej, a o tym w szczególności z Hardej.
Był też Rollo(n), który podbił półwysep francuski i nadał mu nazwę Normandii. Był nawet Ragnar Lodbrok, półlegendarny król Danii, który wielokrotnie napadał na Brytanię. Prawdziwe są również postacie jego synów.
Jednak wszystkim zapewne najbardziej znany jest sam Wilhelm Zdobywca, który po wygranej w 1066 roku bitwie pod Hastings, uznawanej za jedną z tych, która zmieniła losy świata, pokonał Harolda i zapoczątkował dynastię Plantagenetów.
A jakie były kobiety w świecie Wikingów?
Serial nieco koloryzuje fakty, choć zdarzały się wyjątki kobiet wojowniczek, o wysokiej pozycji. Tak naprawdę nie posiadały praw politycznych, mężatki miały ograniczoną swobodę, a największymi przywilejami mogły się cieszyć... wdowy, które zarządzały majątkiem własnym i zmarłego męża. A jednak ich głównym zadaniem było zajmowanie się domostwem. Zdarzały się jednak kobiety takie jak królowa Aasy, która brała udział w zabójstwie swojego męża, by zapewnić tron synowi i wnukom, a pochowana została w typowy dla Wikingów sposób - w łodzi. Wśród kobiecej biżuterii szczególnie cenione były naszyjniki.
Teraz o tym, co wielu interesuje najbardziej, czyli parę słów o mitologii.
Jeśli chodzi o Bogów, oprócz najbardziej znanych, takich jak Odyn (bóg mądrości i władca Walhalli), Thor (władca wojowników i piorunów) czy Loki (boga rodu potworów), byli i inni - Baldur (bóg sprawiedliwości), Freja (bogini miłości i piękna), Skadi (bogini łowów) czy Hel (bogini śmierci). Nie wiem jak wy, ale ja często stykając się z tym tematem myślę o tym, jak bardzo przeplatają się ze sobą wszystkie wierzenia światów starożytnych czy po prostu ludów innych, niż chrześcijańskie.
A nawet z chrześcijaństwem Normanowie mieli coś wspólnego. W końcu czym jest Walhalla, jeśli nie rajem dla poległych wojowników? Na nią też trzeba było zasłużyć. Znajduje się w Asgardzie, czyli jednej z Dziewięciu Krain, zamieszkana przez Bogów, do której prowadzi Tęczowy Most. W nordyckiej mitologii najważniejsze i najpopularniejsze opowieści dotyczą Drzewa życia, czyli Yggdrasila, Dziewięciu Krain, w tym Asgardu, siedziby elfów i krainy zmarłych czy mit o stworzeniu świata z otchłani wypełnionej lodem.
(Dla zainteresowanych fanów Gry o tron/Pieśni Lodu i Ognia: powszechnie znane są inspiracje pana Martina historią. Możecie je odnaleźć nawet tutaj, w mitach czy imionach, takich jak Hodur, ślepy bóg, którego czyny miały być zapowiedzią końca świata - za namową Lokiego, nieświadomie zabił on własnego brata, Baldura).
A na koniec trochę północnych świąt.
WINTERNIGHTS 29 października - 2 listopada, rozpoczęcie zimy, wspominanie zmarłych, wróżby.
JUL 21/22 grudnia, to takie nasze Boże Narodzenie i pożegnanie zimowych ciemności, czas ucztowania i składania obietnic.
ROK KSIĘŻYCOWY 20-31 grudnia, który Wikingowie powinni przeznaczyć na rozważania.
THURSEBLOT, styczniowa pełnia, święto poświęcone Thorowi.
WALPURGIS 22 kwietnia-1 maja,  magiczne święto, upamiętnia dziewięć nocy, które spędził Odyn na Drzewie Życia. W tym czasie umarli wracali na ziemię.
EINHERJAR 30 maja, święto poległych wojowników.
MIDSUMMER 20/21 czerwca, czyli przesilenie letnie.
MABON 22-23 września, dożynki.
Kiedy mamy ukochanych bohaterów, nawet ich kłótnia nas boli. Myślimy "proszę, nie, on nie to miał na myśli/dlaczego mu to powiedziałeś?!/pogódźcie się!". Co zatem powiedzieć, kiedy w powietrzu czuć nadchodzącą wojnę? A czuć ją było nie tylko w kinie podczas maratonu Kapitana Ameryki, lecz już od dłuższego czasu wśród fanów Marvela i całym internecie.

Dla mnie ten film był niezwykle trudny. Nie tylko dlatego, że do filmów i seriali podchodzę bardzo emocjonalnie, zwłaszcza tych dla mnie ważnych. Do bohaterów, z którymi się zżyłam - to drugi powód, wspomniany także powyżej. Kochamy ich wszystkich - Iron Mana, Steve'a, Czarną Wdowę. Dlaczego musimy wybierać?

Jeśli już trzeba, na moją pomoc zawsze może liczyć Tony Stark. Mam do tej postaci olbrzymi sentyment, a Robert Downey Jr. jest rewelacyjny w tej roli. Tym bardziej teraz, kiedy pokazał, że umie grać nie tylko nieco wyniosłego filantropa i bohatera w zbroi, ale także wyniszczonego po wielu bitwach i złych doświadczeniach człowieka.

Przyznam się, bo nie ma co ukrywać: podczas seansu tonęłam we łzach.  Im bliżej końca, tym było gorzej. Wielu z pojawiających się bohaterów w którymś momencie można było nienawidzić za to, co się stało. I chociaż film jest naprawdę rewelacyjnie, za nic nie chciałabym po raz drugi musieć oglądać go po raz pierwszy.
Unikałam wszelkich spoilerów, jedynie non stop oglądałam zwiastuny. Komiks Civil War jest bardzo znany i ceniony, ale, jak wiemy, ekranizacje nie są w pełni oddane pierwowzorom, więc zdarzyć mogło się wszystko. A w sytuacji, kiedy Twoi ulubieńcy walczą przeciw sobie, oczekiwanie na to jest czymś okropnym.

Według mnie Civil War jest chyba najlepszym filmem Marvela. Jego atuty to:
1. (super)Bohaterowie. Oczywiście. To, że jest ich tam tak wielu. Minusem, że się kłócą, ale taka fabuła. Jak widać, zdała egzamin.
2. Konflikt. A raczej budowa konfliktu. Po sprawiającej zawód bitwie Batmana z Supermanem ta dla odmiany jest prawdziwym majstersztykiem. Nie ma "pustej nawalanki". Spór jest dokładnie opisany, przedstawiony, wszystko z czegoś wynika, bohaterowie są rozdarci.
3. Spider-Man nareszcie jest cool!
4. Humor, idealnie wyważony, nie sztuczny, w odpowiednich momentach.
5. To co zazwyczaj u Marvela: aktorstwo, muzyka, efekty, zdjęcia.
6. Emocje, które wzbudza film. Zwłaszcza kiedy Twój towarzysz jest po przeciwnej stronie. Wtedy naprawdę widać, ile może zdziałać dobrze zrobiona produkcja.

Minusy:
Nie ma żadnego Iron Mana 4, Kapitana Ameryki 4. Powracają Avengers - w 2018 (!) i 2019 (!). A potem zapewne nastąpi zmiana aktorów...
Niestety, wiele gwiazd Marvela ma kontraky podpisane na daną liczbę filmów, które kończą się wraz z ostatnimi zapowiedzianymi częściami Avengers. Ponadto nigdy nie wiadomo, czy nie pożegnamy się wtedy z którymś z bohaterów na dłuższy czas, a wówczas - na pewno z aktorem. Chociaż takie zmiany oraz zastępstwa, w tym wprowadzanie nowych bohaterów i kreowanie ich na późniejszych głównych, są rzeczą zrozumiałą i nieuniknioną, to jednak trudno będzie się pożegnać ze Starkiem-Robertem, Czarną Wdową-Scarlett (chociaż tutaj jest nadzieja na filmy solowe) czy Chrisem-Thorem i Chrisem-Kapitanem.
Koniec minusów. Czyli właściwie w samym filmie ich brak.

Jako fanka Marvela, bardzo polecam!



Można nienawidzić science-fiction i fantastyki, podróży kosmicznych i popularnych filmów. Ale nawet to nie ustrzeże nas od fraz takich jak "Ciemna Strona Mocy" (The Dark Side), "Niech Moc będzie z Tobą" (May The Force Be With You) czy imion/tytułów - Yoda, Darth Vader, Skywalker, Jedi. Mówi się o "mitologii Gwiezdnych Wojen", o ich fenomenie, o klasyce, o filmie wszech czasów. Nawet jeśli się za nimi nie przepada, trudno znaleźć argumenty przeciw temu, że zmieniły świat (i życie - podobno James Cameron po obejrzeniu pierwszej części w roku 77' porzucił pracę taksówkarza, by zaistnieć w filmowym świecie).
Przyjrzymy się dzisiaj ciemnej i jasnej stronie - aktorów, scenariusza, historii. Prześledzimy sagę, wytykając jej błędy i gloryfikując jednocześnie. Sprawdzimy, czy wychodzi na plus czy na minus. Będzie to dla mnie, jako fana, po części wyzwanie. Ale z drugiej strony, nigdy nie uważałam, by saga Lucasa była nieskazitelna. Będzie ciekawie - będą ciekawostki.
OCZYWIŚCIE TEKST ZAWIERA SPOILERY

1. Na czym polega fenomen?
Steven Spielberg miał w planach "Bliskie spotkania trzeciego stopnia", George Lucas zaś "Gwiezdne Wojny". Założyli się oni, które dzieło odniesie większy sukces (Lucas był pewien, że będzie to film kolegi). O co? O 2,5 procenta z zysków. I cóż, Spielberg nadal zgarnia swoją działkę, a Lucas do tej pory zbiera laury, choć wiele lat temu zapewne mówił "I have a bad feeling about this", o czym wykreowani przez niego bohaterowie przypominają w każdej części. No cóż, Alec Guiness, aktor wcielający się w starego Kenobiego, określił Star Wars mianem głupiutkiej bajeczki, a jednak dzięki nim stał się bogaty po wynegocjowaniu dla siebie dwóch procent zysku (Harrison Ford określał go mianem Matki Przełożonej, na co aktor narzekał w swoich dziennikach). A teraz? Dział z grami komputerowymi, płytami DVD, soundtrackami, gadżetami, poduszkami, śniadaniówkami, koszulkami, dział spożywczy, papierniczy, a wszystkie łączą Gwiezdne Wojny.
Z jednej strony - kino rozrywkowe, z drugiej - niezwykle głębokie. Jedni oglądają dla czystych emocji, inni w każdej scenie odnajdują głębszy sens. Jedni nienawidzą, drudzy uwielbiają.
(2) Główne wątki: odwieczna walka dobra ze złem w postaci walki Rebeliantów z galaktycznym Imperium. Tragiczny bohater (Darth Vader), którego najpierw postrzegamy jako zło w czystej postaci, by potem płakać po jego śmierci. Czyli nic innego jak uniwersalny przekaz, który tak często stanowi o wielkości dzieła. Ale tutaj także o oryginalności. (3)Niektórzy nie mogą zrozumieć - jak to, zacząłeś mu współczuć kiedy obejrzałeś części 1-3, przecież ogląda się po kolei? A tu, niespodzianka, pierwsza trylogia to nic innego jak prequele części 4-6, z których powstaniem zwlekano w celu osiągnięcia bardziej widowiskowych efektów specjalnych. Uczucie jak to, gdy dowiadujesz się, że trylogia Tolkiena wcale nie jest trylogią, tylko grubą księgą "pociętą" ze względu na... grubość. To właśnie z tego powodu (części 1-3 musiały zgadzać się z 4-6, nie na odwrót) w filmie znalazło się wiele scen, które niektórzy określają mianem "niedopracowanych" - wytłumaczenie jest jedno: w Nowej Nadziei on już coś robi, więc nie mogła go objąć Zemsta Sithów. A jednak pokazuje to nie nieścisłości, lecz wielkość filmu. Twórców, którzy wszystko posklejali. Jasne, że czasem z lepszym, czasem z gorszym efektem. Ale posklejali.
Nawet wstępu nie mogę odpowiednio podzielić, tak wszystko się na siebie nakłada.
4. Siła sagi: uniwersalny przekaz, ponadczasowi bohaterowie, efekty, które robią wrażenie szczególnie w starszej trylogii, ze względu na czasy, w których powstawały. Po latach do filmu pragną wrócić i widzowie, i wszyscy twórcy. Czy największym argumentem za tym, że Moc jest silna, nie będzie grudniowe Przebudzenie Mocy, do którego zgodzili się powrócić bohaterowie z lat siedemdziesiątych (Carrie Fisher niepodobna do siebie, ale jednak!; Harrison Ford pod warunkiem, że jego postać zostanie uśmiercona, ale jednak!; Mark Hamill na minutę, ale jednak!), a na którego punkcie cały świat oszalał? A Powrót Jedi początkowo musiał być kręcony pod kryptonimem Blue Harvest, ze względu na olbrzymie zainteresowanie, zaś aktorzy uczestniczący w piątej części cyklu otrzymali fałszywy scenariusz, bowiem kwestia dzisiaj znana całemu światu - Luke, I am your father, początkowo znana była... trzem? osobom, w celu zachowania tajemnicy. Nawet ojciec nie wiedział, że jest ojcem. A to dobre, co? Serio. Kwestia, którą wypowiada Vader, została potem zmieniona za pomocą nałożonego lektora. Aktor nie był zachwycony. Ale w końcu - Luke też nie.
Sześć filmów... to za mało. Siedem zresztą też.
Obejrzeliście wszystko? Jest szansa, że coś tam wiecie, ale komiksy, książki, gry, całe uniwersum, to prawdziwa galaktyka i "nieograniczona władza". Jeśli chodzi o książki, od siebie mogę na pewno polecić te, których autorem jest Timothy Zahn - gdy pojawiły się spekulacje na temat powstania kolejnych części, wielu fanów stawiało na inspirację tymi dziełami.
5. Nawiązania do historii
Mało ich nie ma. Na pierwszy rzut oka na pewno każdy dostrzeże schemat: przejmowanie władzy przez zło poprzedzone niesnaskami w republice, czyli rzekomej demokracji, pozbywanie się "rycerzy pokoju", przeciąganie najsilniejszych na swoją stronę, wiara w przepowiednie i powtarzanie błędów: ileż wojen w dziejach ludzkości się na tym opierało? Poza tym, czy podczas seansu Mrocznego Widma nie przeszło Wam nigdy przez głowę hasło Ben Hur w trakcie sceny wyścigu? Czy finał Ataku Klonów nie kojarzy Wam się z areną dla gladiatorów? Palpatine z dyktatorem?
A czy wiecie, że George Lucas tworząc Gwiezdne Wojny bardzo inspirował się Bliskim Wschodem i tamtejszymi wyznaniami?
Rozkaz 66 jest nawiązaniem do ataku na Hiroszimę (Roosevelt podpisał rozkaz o tej samej nazwie), a niektórzy idą dalej i porównują Kanclerza do Adolfa Hitlera, zaś Rozkaz 66' do Kryształowej Nocy. Schemat się nie zmienia, choć to już lekka nadinterpretacja..
A Przebudzenie Mocy - nawiązania do nazistów niektórzy uważają wręcz za przesadne. Nową Republikę przyrównuje się natomiast do USA.
Nie podlega również dyskusji, że cała saga traktuje o wojnach domowych. A tych w historii na pęczki.

6. Blaski i cienie
Głos Chewbacki to tak naprawdę głos głodnego niedźwiedzia - nie nakarmiony o odpowiedniej porze miś wydał w zoo dźwięk, który do tej pory możemy usłyszeć odtwarzając scenę z udziałem przyjaciela Hana (głód ceną sławy).
Nakręcono specjalny bożonarodzeniowy odcinek Gwiezdnych Wojen, który okazał się tak fatalny, że Lucas w ostatniej chwili zdołał usunąć swoje nazwisko z napisów. Podarował też kopię odcinka Carrie Fisher, która "odtwarzała go na koniec każdego przyjęcia, kiedy chciała, aby goście już sobie poszli".
A tak na poważnie.
Gwiezdne Wojny osiągnęły olbrzymi sukces, ale nie zawsze było tak różowo. Początkowo atmosfera na planie była fatalna, Lucas miał same problemy, a przed premierą filmu wyjechał na Hawaje, żeby odciąć się od jakichkolwiek wieści - później dotarła do niego nieoczekiwana wieść o sukcesie.

A jakie są główne zarzuty widzów-krytyków względem samej sagi?
1) Wątki miłosne
O ile Han i Leia mają więcej fanów (można do nich zaliczyć samych odtwórców ról, ponoć Carrie Fisher i Harrison Ford mieli na planie romans), o tyle Anakin i Padme mieli mniej szczęścia. Niestety, to prawda. Wątek miał olbrzymi potencjał, zwłaszcza w części trzeciej, kiedy to całe zamieszanie Anakina między dwiema stronami jest w dużej mierze spowodowane lękiem o życie żony. Potencjał został jednak częściowo zmarnowany. Niestety, gra aktorska kochanków do najlepszych nie należała, to raz. Dwa, dużą winę ponosi...
2) Scenariusz Ataku Klonów
Anakin: From the moment I met you, all those years ago, not a day has gone by when I haven't thought of you. And now that I'm with you again... I'm in agony. The closer I get to you, the worse it gets. The thought of not being with you- I can't breath. I'm haunted by the kiss that you should never have given me. My heart is beating... hoping that kiss will not become a scar. You are in my very soul, tormenting me... what can I do?- I will do anything you ask.
[uncomfortable pause]
Anakin: ... if you are suffering as much as I am, PLEASE, tell me. 
Tak w skrócie. Przytoczę jeszcze jeden z lepszych komentarzy znalezionych na filmowym forum: Mógłbym tak pisać i pisać, właściwie mogę skopiować tu cały scenariusz. W "Przebudzeniu" występują absurdy, ale nawet jakby się okazało, że nowym Lordem Sithów jest C-3PO to i tak nie przebije scenariusza Ataku klonów. 
3) Przebudzenie Mocy kalką Nowej Nadziei
Jest w tym sporo prawdy. Identyczne ujęcia, podobna historia, bohater, który ma wszystko naprawić. Tylko... co z tego? Czy to takie złe, że pomysły się powtarzają, skoro są dobre, skoro podobają się widzom? Skoro film, mimo złych przeczuć, okazał się naprawdę dobry? Hm. Może krytycy oczekiwali, nastawili się na coś innego, i stąd biorą się zarzuty. Problem pojawia się gdy uświadomimy sobie, że pasuje nam powrót dawnych przyjaciół, ale to, co robią, powinno wnieść świeżość. Czyli nie chcemy, by byli tacy sami? Nie chcemy ratowania galaktyki? Nie chcemy tego, co w odległej galaktyce kochaliśmy najbardziej? Od siebie powiem tyle: wystarczającą ilość świeżości wniosła młodziutka Daisy Ridley, jedno z objawień młodego pokolenia aktorów.
"Takie były stare gwiezdne wojny i właśnie o to chodzi. Takie mają być też nowe części. Jeśli komuś się nie podoba to NIE JEST FANEM GWIEZDNYCH WOJEN bo one ZAWSZE TAKIE BYŁY. Nie róbcie z Gwiezdnych Wojen jakiegoś dramatu albo wielce filozoficznego filmu. Macie wygórowane wymagania."
4) Przebudzenie zbyt gwałtowne
Dość słaby zarzut, ale spotkałam się z nim kilkakrotnie, dlatego się ustosunkuję. Teraz krytycy mówią, że w filmie działo się tyle, że nawet nie było czasu na refleksje. Gdyby tego czasu było więcej, mówiono by o przedłużaniu. Wszyscy wiemy, że tak jest. Przerabiamy to przy co drugiej produkcji. Mówi się też, że Przebudzeniu brakuje genezy, że mało wiemy o przeszłości postaci. Autorom odpowiem krótko: jeszcze wiele przed nami. Po to się budzimy, żeby zacząć nowy dzień.
5) Jar Jar Binks
Hmm... każdy się czasem z niego śmieje. Tylko pytanie, czy jest to śmiech szczerego rozbawienia, czy raczej śmiech pełen politowania? Czy to odpowiednia postać do takiego filmu? To już każdy musi ocenić sam. W każdym razie, był w czołówce większości rankingów wad Wojen, które przejrzałam.
6) Dysproporcje Jedi
Trudno obalić ten zarzut. No bo jak, skoro z jednej strony mamy potężnego Yodę, Windu, Kenobiego, Wybrańca, Qui-Gona, a z drugiej takich, co giną przy pierwszym uderzeniu miecza. Bardzo nie lubię początku pojedynku Windu z Sidiousem, kiedy rycerz przychodzi do Sitha z eskortą, która ginie gdy tylko Palpatine wyciąga miecz. Bardzo dobrze, że mamy głównych, najlepszych rycerzy, Radę. Ale to nie znaczy, że inni mają być słabeuszami! Znajdują się tacy, dla których usprawiedliwieniem jest "gdyby walka mogła trwać dłużej..." i tutaj przechodzimy do kolejnego zarzutu, jakim jest
(7)...ucinanie, skracanie, wycinanie zbyt ważnych scen
"Bo może gdyby Zemsta Sithów trwała trzy godziny, tak jak zakładano, to nie byłoby takich nieścisłości". Czasami film skrócić trzeba. Niekiedy produkcja trwa grubo ponad trzy godziny i tak po prostu nie można. Muszę się zgodzić, że film miałby porządniejsze ręce i nogi w pewnych momentach, gdyby na przykład dokładniej pokazano pewne sceny polityczne - nie popadajmy jednak w przesadę. Zemsta Sithów z całej nowej trylogii jest bezsprzecznie najlepsza. Pamiętajmy też, że gdyby filmy były tak tragicznie niespójne i pełne nieścisłości, raczej nie odniosłyby tak wielopokoleniowego sukcesu. Nie stałyby się klasyką, potęgą świata science-fiction.
8) Wydłużanie,
bo oczywiście, jak to bywa w krytyce, tak źle, a tak jeszcze gorzej. Z jednej strony wycinają, z drugiej dodają, jednym słowem: na niczym się nie znają. Jeden się nudzi na Mrocznym Widmie (dobra, to akurat nie jest aż takie dziwne, ale spróbowaliby na Powrocie Jedi!), drugi widzi piętnaście wątków, które można rozwinąć.
9) "Ślepi jesteśmy,
skoro tworzenia tej klonów armii nie dostrzegliśmy" - tak mówi Mistrz Yoda, więc to prawda. Nie dostrzegli Sidiousa - tak mówią widzowie, czyli to już może podlegać dyskusji. Dlaczego nie wydał go wicekról ("hologram mówiący głosem Palpatine'a i wyglądający jak on)? Dlaczego nie zorientowali się Jedi? Cóż, częściowo patrz punkt 6., a dodatkowo: takie po prostu było założenie. Nikt nie jest nieomylny. Jedi nie mieli ulec zupełnej sakralizacji, saga wypełniona jest wadami wielu z nich. Opowiadana historia musi mieć dobrą fabułę - taki był pomysł Lucasa. Równie dobrze można powiedzieć, że Frodo mógł oddać komuś innemu pierścień. Mógł. Ale Tolkien powiedział, że on będzie go niósł: koniec dyskusji.
10) Star Wars to bajeczka,
a ja muszę tego wszystkiego słuchać i na to patrzeć. Dla jednych bajeczka, dla drugich nie. Nic nie poradzisz. Po prostu jak następnym razem wejdziesz do jakiegokolwiek sklepu, zamknij oczy i wyobraź sobie, że ten długopis na półce na wysokości Twoich oczu wcale nie wygląda jak miecz świetlny.

Zarzuty można jeszcze wypisywać, powielać. A ja pozostanę fanką. Dla mnie Gwiezdne Wojny to genialna seria, która po prostu ma wady, jak każda inna. Gwiezdne Wojny mają to szczęście w nieszczęściu, że ich wady wyolbrzymia się do galaktycznych rozmiarów, bo osiągnęły sukces na skalę galaktyki. Jednak skoro nie mniejsza jest fala zachwytów, to chyba nie mamy się o co martwić.
Dla mnie bilans wyszedł na plus. A dla Was?

Zainteresowanym polecam galaktykę informacji i ciekawostek - nie zwiedziłam jeszcze całej, ale czeka na półce na dokończenie:



Teraz już chyba nikogo nie zdziwi przedostatnia ciekawostka, a właściwie coś, czego można się było domyślić - mianowicie, u Lucasa stwierdzono nadciśnienie i wyczerpanie spowodowane pracą nad filmem. Czy się opłaciło? Oceńcie sami.

A na koniec - w portugalskiej wersji językowej nazwisko Hrabiego Dooku zostało zmienione na Dookan, gdyż "Dooku" można przetłumaczyć jako... "z dupy". Zaś Luke Skywalker miał być... Starkillerem.

Enjoy the winter! May The Force Be With You!


FORREST GUMP
Są tacy, którzy go nie lubią. Są tacy, którzy powiedzą, że głupi, że nie rozumieją zachwytów. Ale nikt nie zaprzeczy, że Forrest zaklepał sobie miejsce w klasyce kina.

Życie jest jak pudełko czekoladek
- nigdy nie wiesz, na co trafisz.
Oczywiście jest to przenośnia, kiedyś jednak nasunęło mi się bardzo dosłowne skojarzenie. Żyjemy w czasach, kiedy otwierając bombonierkę na wewnętrznej stronie opakowania mamy wypisz wymaluj wygląd każdej czekoladki z jej opisem. Teraz doskonale wiesz, czy czeka Cię likier pomarańczowy czy kokosowe nadzienie.
To, co mnie zachwyca najbardziej to to, że za każdym razem gdy oglądam Forresta, czuję się tak, jakby ktoś zdejmował mi z oczu kolejne klapki. Jakby ktoś podawał mi czekoladkę, nie pozwalając odczytać smaku. Za każdym razem badam inny aspekt filmu. A kiedy podczas dzisiejszego, któregoś z kolei seansu wszystkie te aspekty zlały się w jedno, odkryłam, że dobry to za mało. Forrest Gump to arcydzieło.

Najpiękniejsze imię na świecie
 - w tym filmie nie ma jednego. Dla Forresta oczywiście będzie nim Jenny. Dla mamy Forresta - Forrest, dla Jenny zapewne również, pod koniec filmu nawet w dwóch wydaniach.
Historie bohaterów są przedstawione tak dobrze, jak rzadko kiedy. Mamy wersję "od zera do bohatera", ale też "od bohatera, przez zero, do prawdziwego bohatera". Porucznik Dan - najlepszy przykład na to, że musimy coś stracić, aby to docenić. Matka Forresta - przykład bezgranicznej, rodzicielskiej miłości. Jenny - zagubiona dziewczyna, która od początku swojego życia nie miała łatwo i potrzebowała wielu lat, aby odkryć, co naprawdę się w nim liczy. Bez tuszowania cech charakterystycznych tamtych lat, dobrych i złych, wojen i narkotyków. I oczywiście wisienka w czekoladce, bohater, który
może i jest idiotą, ale na pewno nie jest głupi,
czyli oczywiście tytułowy Forrest. W jednej ze scen porucznik Dan wyrzuca za drzwi panie lekkich obyczajów po tym, jak nazywają jego towarzysza głupim. I słusznie. Ludzie tacy jak Forrest są różnie nazywani, czasami określa ich się mianem ludzi "prostych" - paradoksalnie rozumieją oni znacznie więcej. Bo jeśli oni są prości, świat jest prosty dla nich;
po prostu biegną; nie wiedzieć czemu, inni widzą w tym jakiś głębszy sens.
Na hasło "biegnij" Forrest biegnie, gdy słyszy "strzelaj", strzela, "módl się" - modli się. Nie robi tego jednak bezmyślnie, lecz za sprawą lojalności, wiary czy poczucia obowiązku. Potrafi jednak powiedzieć "dość", gdy ktoś twierdzi, że nie wie on, czym jest miłość. Ma bowiem Jenny, nawet jeśli nie ma jej fizycznie. Docenia wszystko, co ma, żyje chwilą jak nikt inny. Powiecie, że to tylko film, zastanówcie się jednak, czy na wiadomość o złym stanie bliskiej osoby bylibyście w stanie dosłownie rzucić wszystko by przy niej być? W większości przypadków kombinujemy, co też musimy zrobić najpierw, zanim zabierzemy się do innych spraw. Może wykonać telefon, wypełnić dokument, załatwić zastępstwo. Forrest po prostu zeskakuje z łodzi, dopływa do brzegu i biegnie, zgodnie z przyjętym poglądem, który głosi, że
zabawne jest to, jak często ludzie mówią, że za tobą tęsknią, 
a nie robią nic, aby się z tobą zobaczyć,
czyli innymi słowy, wszyscy potrafimy wymienić tym więcej problemów, im mniej ich mamy.

Jeśli nie wiesz, dokąd idziesz, pewnie tam nie dojdziesz,
za to historia zawsze toczy się własnym torem, zawsze dokądś prowadzi i jest kolejnym elementem, który sprawia, że film jest niezwykły. Losy Forresta spleciono z Kennedym (nie wiedzieć czemu, ten miły człowiek został zastrzelony, tak samo jak jego młodszy brat kilka lat później), Lennonem (dla którego los nie był łaskawszy), wojną w Wietnamie i kształtującym się ruchem hipisów. Przemiany społeczne oddają także świetnie dobrane utwory muzyczne, a szczególne chwile podkreśla... szczególna ścieżka dźwiękowa, zwłaszcza sekwencja otwierająca i kończąca film.
Mało zalet? Przejdźmy do twórców. Terry Gilliam odrzucił propozycję zajęcia miejsca za kamerą. John Travolta odrzucił możliwość zostania Forrestem. A Robert De Niro nigdy się nie spodziewał, że odrzucając scenariusz Kevina samego w domu traci okazję stania się częścią świątecznej tradycji. Nie możemy ich ocenić skoro nie podjęli wyzwania, możemy za to śmiało stwierdzić, że Tom Hanks stworzył jedną z najlepszych kreacji w historii kina (Oscary nie są już od dawna żadnym wyznacznikiem, ale spróbowaliby go tam pominąć!) i choć skradł cały film, to Robin Wright czy Gary Sinise wykorzystali swój czas na ekranie najlepiej jak mogli.

Będą tacy, którzy stwierdzą, że rozpływam się nad politycznie poprawnym filmem, jakich mamy obecnie na pęczki. A są tacy, dzięki którym produkcja znajduje się na piątym miejscu na Filmwebie w rankingu najlepszych filmów wszechczasów z przeszło siedmiuset tysiącami głosów - może i takie portale często nie są wiarygodnie, jednak to zjawisko nie jest pomyłką, podobnie jak Oscar w kategorii Najlepszy Film w roku 1995. Forrest bawi, wzrusza, uczy, zaskakuje. Robi to teraz, ale jestem pewna, że taki stan rzeczy utrzyma się jeszcze przez wiele pokoleń. Nawet jeśli ktoś będzie myślał, że doskonale wie, na co trafił.


Nie sposób pisać o wszystkich godnych zapamiętania osobach. O wszystkich tych, których pożegnaliśmy. Jednak w tym nadzwyczaj niełaskawym tygodniu należy pamiętać o dwóch wybitnościach. Są nimi Alan Rickman i David Bowie.

Wpis poświęcę jednak Alanowi. Nie ukrywam, że jest (a właściwie, o zgrozo, był) dużo bliższy mojemu sercu. W ostatnich latach jestem świadkiem pożegnań autorytetów mojego dzieciństwa. Żyjemy w czasach, kiedy grono wybitnych postaci starszego pokolenia zaczyna się wykruszać - i tak w zeszłym roku pożegnaliśmy choćby Christophera Lee. Fani przecierają oczy ze zdziwienia, kiedy oglądają Harrisona Forda w najnowszych Gwiezdnych Wojnach, patrzą z przestrachem jak Ian McKellen wciela się w kolejnych staruszków. Musimy się dobrze zrozumieć, nikt nie jest nieśmiertelny, nie jesteśmy naiwni. Jednak nie myślimy o śmierci codziennie, 24h na dobę. Upływ czasu dobitnie ukazują nam właśnie takie momenty, kiedy widzimy daną osobę po latach. Albo kiedy czytamy o śmierci Alana Rickmana.
Jeśli ktoś miał okazję zobaczyć go na zeszłorocznym festiwalu Camerimage, miał, jak się okazuje, dziesięciokrotne szczęście i okazję, która się już nie powtórzy.
W Polsce na festiwalu gościł przy okazji pokazu filmu osadzonego w XVII-wiecznej Francji, "A little chaos", a przede wszystkim po to, by odebrać przyznaną mu nagrodę imienia Krzysztofa Kieślowskiego (jednym z jej poprzednich laureatów jest Gary Oldman). A słowa, które podczas tej wizyty wypowiedział:
- Opowiadamy o świecie stworzonym i kontrolowanym przez mężczyzn, w którym kobiety traktowane są niczym element dekoracyjny, w którym muszą one walczyć o to, by zyskać status taki, jaki przyznawany jest mężczyznom. Ten problem jest, moim zdaniem, wciąż aktualny. Między innymi w środowisku filmowym, w którym obracam się ja – w którym kobiety, kiedy osiągną pewien wiek, gdy pojawi się u nich pierwsza zmarszczka, słyszą zazwyczaj jedno słowo: "następna!". Tutaj zresztą chodzi nie tylko o kwestię płci, lecz w ogóle – o kwestię starzenia się i współczesne podejście do niej – mówił.
Pytany, co dla niego samego oznacza wiek dojrzały, 68-letni Rickman podkreślił, że każdy kolejny rok życia dawać może człowiekowi dodatkową siłę. - Stajemy się sumą naszych życiowych doświadczeń i naszych związków z ludźmi. A kiedy nabieramy dystansu i nie boimy się przekraczać barier, gdy nie podporządkowujemy się wszystkim zasadom wyznaczanym nam przez innych, gdy nie przyklejamy innym osobom stereotypowych etykietek, nasze własne życie staje się lepsze 
Nabierają dzisiaj zupełnie nowego znaczenia... 

Harry Potter, Robin Hood, Love Actually, Sweeney Todd, Sense and Sensibility,
Severus Snape, Szeryf z Nottingham, Harry, Sędzia Turpin...

Tak jak już wspominałam, nikt nie jest nieśmiertelny, jednak jest pewien powód, który zwiększa mój smutek po odejściu Rickmana. 69 lat to nie tak mało, ale też nie tak dużo. Jednak na pewno zbyt mało, by umrzeć akurat na raka. Raka, o którym nikt wcześniej nie wiedział. Może gdyby była to starość, odczulibyśmy to inaczej. Ale czyż nie jest przerażające to, że tak naprawdę wcale nie powinniśmy bać się o Harrisona Forda bardziej niż o Leonardo DiCaprio czy nawet młodziutką Emmę Watson? Cóż z tego, że żyjemy w XXIw - przed niektórymi sprawami i chorobami nie damy rady uciec, mimo głoszonego postępu technologii i medycyny. Żyjemy z dnia na dzień i zapominamy, jak bardzo powinniśmy się cieszyć, że mamy taką możliwość.

Nie zapomnę jego głosu, ról, które stworzył, wielu godnych zapamiętania słów, które wypowiedział. Ale przede wszystkim nie zapomnę tego, że był genialnym brytyjskim AKTOREM. Nie celebrytą na tak zwanych "ściankach", nie dekoracją każdej gazety. Był człowiekiem, który nie musiał się wywyższać. Nie musiano mówić o nim codziennie, by każdy o nim pamiętał, by miliony ludzi płakało po jego śmierci.
Dziękuję mu za wszystko, co zrobił.


Zapewne większość z Was co roku przegląda filmowe zapowiedzi, deklarując, jakich produkcji nie przegapi. Wychodzi różnie. Wiadomo, nie zapomina się o Gwiezdnych Wojnach, ale pomijając filmy na których zależy nam szalenie, często okazuje się, że wielu postanowień nie dotrzymaliśmy. Bo nie było czasu/pieniędzy/chęci albo wszystkiego naraz.
Znam to doskonale. Chociaż za nic nie pozwoliłabym, żeby uciekły mi z ekranów kinowych Hobbity czy uczniowie Hogwartu, to jest całe mnóstwo innych sensacji, które muszę nadrabiać w domu.
Inna sprawa, że są filmy, które zobaczyć na ogromnym ekranie po prostu trzeba - wpływa na to nagłośnienie, efekty czy klimat, a są takie, dla których idealny będzie samotny wieczór lub wieczór z przyjacielem. Czasami wybór jest oczywisty, czasami należy do nas.
Przedstawiam Wam moje plany kinowe na ten rok. Co z nich wyjdzie - zobaczymy, jednak wyróżnione tytuły nie uciekną mi sprzed nosa.

1. Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć
Fantastic Beasts and where to find them
Premiera (Polska): listopad 2016
Obowiązkowy numer 1 dla każdego fana Harry'ego Pottera. Początkowo wydawało się, że może to być tak zwany "skok na kasę". No bo cóż to za pomysł, robić film na podstawie jednego z podręczników Pottera, który w dodatku został wydany i przyjął formę cieniutkiej książeczki z opisami stworzeń. Ba, nie jednego filmu, a trylogii!
A jednak, po zwiastunach i nowinach można wywnioskować, że produkcja ma bardzo duży sens i potencjał...



2. Batman vs Superman: Świt Sprawiedliwości
Batman vs Superman: Dawn of Justice
Premiera (Polska): kwiecień 2016
Obowiązkowy dla fanów komiksów, superbohaterów, Batmana, Supermana, wielkiego widowiska. Dla mnie na pewno.



3. Alicja po drugiej stronie lustra
Alice through the looking glass
Premiera (Polska): maj 2016
Być może nie będzie tak dobry jak część pierwsza, być może miejsca reżysera nie zajął Tim Burton. Może to szokować, zniechęcać. Za to zwiastun - działa na korzyść! A Alicja to Alicja, historia to historia, aktorzy to aktorzy.



4. Kapitan Ameryka: wojna bohaterów
 Captain America: civil war
 Premiera (Polska): maj 2016
Fani dobrze wiedzą, że zanim superbohaterowie zaczną działać razem, musi być afera. Kłótnia. I to porządna. Niektórym się to nie nudzi. Niektórzy mają dość, a i tak pójdą. Czyli pójdziemy - zobaczymy!




5. Nienawistna ósemka
The hateful eight
Premiera (Polska): styczeń 2016
Jeden powód: Tarantino


6. Zjawa
The revenant
Premiera (Polska): styczeń 2016
"Oscar dla Leonardo DiCaprio...!", "być może ostatnia szansa DiCaprio!" - czyli nic nowego, ale jednocześnie coś bardzo nowego. Historia, której w kinach nie widuje się co miesiąc, a jak już się widuje, to do kina idzie się z dużymi nadziejami i napięciem...




7. Me before you 
Emilia Clarke i Sam Claflin w historii z potencjałem. Naprawdę, po zwiastunie ich gra aktorska zdaje się po raz kolejny nie zawodzić. Czy to będzie wyciskacz łez? No pewnie, że tak. Ale czy wszystkie są złe? Czy nie będzie w tym filmie nic więcej?



8. Star Wars: The Rogue One
Krytykujcie, jeśli chcecie. Ja muszę zobaczyć, nawet jeśli kolejny film Star Wars w tak krótkim czasie to według niektórych przeciążenie.



9. Bardzo oczekiwanymi przez mnie produkcjami są także Joy, Big Short, Ave, Cezar!, Księga dżungli. Jeśli nie zdążę do kina, na pewno na mniejszym ekranie nadrobię braki.

Oczywiście, znajdziemy całą masę innych nieźle zapowiadających się tytułów, z których wymienić należy chociażby Carol czy Spotlight. Kto wie, co przyniesie nam "Gdzie jest Dory?" czy "Warcraft: Początek", kolejny X-Men. Bólem każdego miłośnika kina są ograniczenia, zaś pocieszeniem: własne, późniejsze kino domowe", choćby najmniejsze.

Życzę wszystkim wielu pozytywnych filmowych wrażeń w tym roku!


MAKBET
"Z jednej strony piękny, z drugiej rozciągnięty".
"Za dużo Szekspira w Szekspirze".
"Nie wierzę w brak Oscara".
"Jest przeciętnie".
"Zachwycający, błyskotliwy".
"Wykonany z olbrzymim rozmachem".
"Dający do myślenia".
Zaczęłam od cytatów - jest to zaledwie kilka na tysiące fragmentów wypowiedzi odnośnie tego filmu. Jedni się zachwycają, drudzy krytykują. Skąd się to bierze? Jaki jest klucz do zrozumienia filmu? A przede wszystkim, jaki wreszcie jest "Makbet"?
Słowem krótkiego przypomnienia: tytułowy bohater, Makbet, zasłużony wódz i tan Glamis, za sprawą przepowiedni oraz pod presją małżonki, Lady Makbet, zabija Duncana i sam zostaje królem. Pierwowzorem postaci był XI-wieczny Makbet we własnej osobie, który krwawo zemścił się na mordercach ojca, zabił Duncana I i objął tron Szkocji. Już jako król mierzył się ze zwolennikami poprzedniego władcy, pokonując ich armie. Przegrał jednak dwie ważne bitwy, z czego drugiej, koło Aberdeen, nie przeżył. Mimo wojen był ponoć władcą dbającym o poddanych, który starał się umocnić kraj. Jego postać obrosła legendą i stała się inspiracją dla Shakespeare’a.
Przejdę do tego, do czego moim zdaniem na samym wstępie przejść po prostu trzeba. Jeśli komuś produkcja nie przypadła do gustu, to najprawdopodobniej:
a) najprostsza możliwa odpowiedź: nie trafiła w jego gust,
b) nie, nie jest "za głupi by ją zrozumieć", nie jej nie zrozumiał, nie do niej nie dojrzał, choć to też możliwe, ale najbardziej prawdopodobne jest to, że spodziewał się czegoś innego bądź nie jest to film dla niego.
"Co rozumiesz przez stwierdzenie, że to nie jest film dla niego"? Niektórzy zasiedli w kinowej sali, ponieważ w zwiastunach zobaczyli rozmach, bitwę, wspaniałą charakteryzację, akcję. Nastawili się na dwie godziny tejże akcji. Otrzymali film psychologiczny, o klimacie tak ciężkim, jakich się nie spotyka. Oryginalny w swoim przekazie, w sposobie tego przekazu, zmuszający do myślenia, przepełniony Szekspirem i jego stylem (bowiem w filmie kwestia w kwestię pochodzi prosto z dramatu). Bardzo wiele na samym początku zyskują widzowie anglojęzyczni - myślę, że rozumiejąc tekst na bieżąco w całości, można jeszcze bardziej skupić się na fenomenalnym obrazie.
Nie chcę tej produkcji gloryfikować: tak jak w przypadku każdej innej, tak i tutaj wszyscy widzowie wymienią inne wady i inne zalety. Jednak uważam, że nie można temu filmowi przyznać łatki pomyłki i oceny 1/10, jeśli nie jest się po prostu ignorantem, lub nie robi się tego z czystej złośliwości.
Nie można nie docenić aktorstwa. Nie dostrzec tego, jak dobrze ze swojego zadania wywiązali się Marion Cottilard i Michael Fassbender. Jak dobrze to mało powiedziane, Ma się wrażenie, że aktorzy stają się tymi postaciami - sama Cottilard przyznała, że z odgrywaną Lady Makbet związała się emocjonalnie. Film odsłania przed widzami nowe spojrzenie na jej postać, nieco odbiegające od pierwowzoru: w pewnym momencie Lady Makbet zdobywa nasze współczucie. Fassbender zdaje się bardzo dobrze rozumieć złożoność postaci Makbeta - potrafi na początku wyglądać jak dostojny wódz, potem jak człowiek rozdarty wewnętrznie, morderca, a koniec końców - szaleniec. Gra oczami, głosem, gestem.
Nie można odmówić produkcji oryginalności, a twórcom śmiałości, odwagi i konsekwencji. Nie spotkałam się z filmem, który od samego początku do samego końca utrzymany byłby utrzymany w tak ciężkim, ponurym klimacie. Reżyser, Justin Kurzel, mógł pójść w stronę oczekiwań wielu osób i uczynić z szekspirowskiego dramatu produkcję wzorowaną na kinie akcji, nie zrobił jednak tego. Oddał w pełni przytłaczające emocje, jakie towarzyszą czytelnikom. A pomogła mu w tym fenomenalnie skomponowana muzyka (za którą odpowiadał Jed Kurzel, brat reżysera) - od chwili gdy na ekranie pierwszy raz pojawiają się wiedźmy (czyli, szczerze mówiąc, od początku), możemy być pewni, że soundtrack warto dołączyć do swojej kolekcji.
A teraz, co się może podobać lub nie. Twórcy zastosowali efekt Slow Motion i zdaniem wielu uczynili to w momentach jak najbardziej odpowiednich, potęgując rozmach widowiska. Zawsze jednak znajdzie się ktoś, kto efekt ten będzie krytykował zawsze i wszędzie. Nie oceniajmy. Zmiany względem oryginału również trzeba ocenić samemu, po seansie. Co poniektórzy zwracają uwagę na akcent Lady Makbet - nie odmawiają Cottilard dobrej gry aktorskiej, sprzeciwiają się jednak grze francuskiej w szekspirowskiej historii. Lecz nawet jeśli odstawała nieco od innych bohaterów wymową, to czy można ją ganić, jeśli i tak dała z siebie wszystko i więcej? Niektórym film może się dłużyć, z uwagi na klimat, w jakim został utrzymany, jest to jednak, jak sądzę, bezpośrednio związane ze wspomnianym wyżej nastawieniem z jakim udajemy się do kina bądź zasiadamy przed ekranem w domowym zaciszu.
Aby film w pełni docenić, należy skupić się na obrazie (wspomniany wyżej plus dla rodowitych Anglików), zawartych w nim szczegółach i historiach, bowiem odgrywają one bardzo istotną rolę. Spojrzenia aktorów, gorycz w ich głosie. Sceneria podczas walki, uczty poprzedzającej śmierć Duncana, wędrówek, ucieczek, lasów, pól i zamku. Kostiumy, zwłaszcza dwojga bohaterów o tytułowym nazwisku. Sceny Lady Makbet rozgrywające się w kaplicy (z udziałem dziecka) oraz pod stosem, zabójstwo Duncana, ponura kolorystyka, końcowy "idący las" i wiele innych.
"Makbet" jest dziełem teatralnym, mówiącym o złożoności postaci. Pokazuje nam ścieżkę, czasami bardzo krótką, prowadzącą od rozsądku do szaleństwa, manipulację, intrygę i efekt domina, by na koniec wszystko rozsypało się tak, jakby główni bohaterowie zamieszkiwali domek z kart, gdzie jednocześnie koniec ukazany jest jako nowy początek.



Widzieliście? Oceniliście?